W czasach początków mojej kariery zawodowej nie było startup'ów. Dlatego w 2005 roku po prostu założyłem młodą firmę, która w pierwszym roku działalności zarobiła 1 mln euro. Nie były to apki mobilne ani systemy transakcyjne, a po prostu - analogowy konsulting biznesowy. Wszyscy mówili, że się nie uda, bo pływamy w czerwonym oceanie, że takich firm jest bez liku, a jednak daliśmy radę. Problem w tym, że po zaledwie 3 latach straciłem ją wskutek wrogiego przejęcia przez moich wspólników. 

 

Potem druga firma, do której zaproszono mnie, abym ją "zrewitalizował". Na początku wszystko szło dobrze, ale szybko się skończyło. Przekonanie właścicieli do swoich racji i opór przed radami zatrudnionego w tym celu specjalisty (!) doprowadził do stopniowej degradacji procesu sprzedaży i odejścia konsultantów, wskutek czego dziś firma istnieje jedynie na papierze.

Dlaczego dzielę się z Państwem moimi porażkami? Bo mam nadzieję, że komuś otworzę oczy, zanim będzie za późno. Po 25 latach uprawiania biznesu w rozmaitych branżach i konfiguracjach mam pogląd na to, co niszczy dobre firmy i zamienia je w zombie, walczące o przetrwanie. Potraktujcie ten tekst jako spowiedź grzesznika, który grzechy śmiertelne młodych firm: pychę i arogancję popełnił sam i odpokutował za nie.

Zabawy bronią

Czy wiecie Państwo, co to jest ASG - Air Soft Gun? To zabawy realistycznymi replikami broni bojowej strzelające plastikowymi kulkami. Wokół ASG wyrosła cała kultura "paramilitarna". Dorośli ludzie, w weekendy ubierają się jak żołnierze, zakładają mundury, obwieszają się sprzętem imitującym prawdziwy wojskowy ekwipunek i ... ganiają po lasach lub opuszczonych fabrykach, bawiąc się w wojnę. Jako metoda szkoleniowa stawiająca na realizm - doskonała! Problem w tym, że stała się już dla wielu fanatycznych wyznawców ASG przedmiotem kultu. Tak, jak dla wielu ludzi przedmiotem kultu jest kultura startup'ów.

Po drugiej stronie mamy operatorów sił specjalnych. Ludzi doskonale wyszkolonych w prawdziwej walce. Prawdziwej, bo jest tam ostra broń, realne zagrożenie i zadania bojowe, od których zależy los wielu ludzi. A przede wszystkim - każdy ma tam tylko JEDNO życie. A to zmienia całkowicie podejście do sprawy. Bo to nie zabawa w wojnę, a wojna prawdziwa. Tak jak prowadzenie prawdziwej firmy vs zabawa w startup.

Mam wielu znajomych w siłach specjalnych, którzy byli w realnych sytuacjach bojowych, ale też próbowali zabawy w ASG. Rozmawiałem z nimi o tym wielokrotnie, aby poznać ich doświadczenia i pogląd profesjonalistów na sprawę. Przeważały 2 opinie:

  • Amatorzy z komandosami nie mają żadnych szans w starciach ASG
  • Arogancja fanatyków ASG wobec prawdziwych komandosów kończy zabawę po pierwszym starciu

Grzech pychy

Każda grupa społeczna w sposób naturalny wytwarza swoją hierarchię i normy działania. W grupie pojawiają się też kandydaci na liderów, którzy często muszą stoczyć "heroiczną walkę" o przywództwo. Zwycięzca zawsze wprowadza w grupie nowe reguły postępowania, żeby wzmocnić swoją pozycję i uszczelnić szeregi przez niepowołanymi gośćmi. Tak dzieje się w każdej grupie społecznej. Nie inaczej jest w wypadku społeczności ASG, która wytwarza własną kulturę, ma swoich własnych przywódców i guru, których słucha i wielbi. A z bogiem się nie dyskutuje, tylko robi, co każe. Kiedy pojawia się w grupie profesjonalista, który odniósł realne sukcesy poza grupą, staje się dla członków grupy prawdziwym zagrożeniem. Po pierwsze dla przywódcy, bo może szybko okazać się, że jego wiedza i doświadczenia są naprawdę miałkie w obliczu dokonań specjalisty. Doskonale wyczuwają to także wyznawcy kultu, zawczasu atakując "obce", a wtedy już także "wrogie" ciało, które stanowi zagrożenie. Jak się to objawia? Poprzez krytykę postaw i doświadczeń specjalisty. Uwierzycie, że 21 latek miał odwagę doświadczonego komandosa pouczać jak ma nosić broń i składać się do strzału? Bo robi to źle? 

Czy możliwe, żeby społeczność startup'ów w naszym kraju kierowała się takimi samymi prawami socjologii, odrzucając (zwalczając) doświadczenie ludzi zaprawionych w prawdziwym biznesie?

Grzech arogancji

Długo już się zastanawiam, co składnia młodych ludzi do wyrażania swojej arogancji wobec bardziej doświadczonego kolegi, który kierując się etosem pokolenia X zrobi wszystko co możliwe, i z dużym zaangażowaniem, żeby młodym ludziom doradzić, jakich błędów nie popełnić.

Bo wie Pan, uważam, że jesteśmy z różnych światów.
Rozumiem, że mam Pan duże doświadczenie w biznesie, ale nasza firma jest wyjątkowa.
Mam wątpliwości, czy zrozumie Pan technologię, której używamy.
Rozmawiałem z moimi pracownikami, którzy powiedzieli, że temu starszemu Panu to oni dziękują.

Chcecie wiedzieć, dlaczego straciłem swoje firmy? Bo byłem arogancki wobec moich mentorów. Powinienem ich posłuchać, kiedy ostrzegali mnie przed moimi wspólnikami - a ostrzegali! Powinienem ich posłuchać, kiedy radzili pokazać niezależnemu prawnikowi umowę spółki. Powinienem posłuchać, kiedy mówili, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, itd. Czy nie było dobrych rad? Były, ale wszystkie arogancko odrzuciłem, sam używając przedstawionej wyżej argumentacji.

Kiedy popatrzymy na historie wielkich biznesów, ludzi wybitnych, to zawsze zobaczymy za plecami bohatera jednego lub wielu mentorów. Osoby, które prowadziły młodych pełnych energii ludzi przez drogi i bezdroża biznesu, aby efektywnie i skutecznie osiągali swoje cele. Doradcy, konsultanci z dużym doświadczeniem mają mądrość, jakiej nie nabyli jeszcze młodzi, dla których to pierwsza i najczęściej ostatnia własna firma. 

Nie przekonują mnie stwierdzenia, że dla doświadczonego menedżera zrozumienie nowoczesnego modelu biznesowego przerasta jego możliwości intelektualne. Nie przekonuje mnie także to, że doświadczenie wyniesione z dużych wyskalowanych biznesów jest nieprzydatne w małym startup'ie. Tak jak w wypadku komandosów, zderzając się z takimi poglądami, doświadczony konsultant bardzo często kończy współpracę po jednej rozmowie. Mimo iż jest świadomy, że mógłby młodych wiele nauczyć, to sposób komunikowania się młodych ze starszymi zamyka drogę porozumienia. I to nie dlatego, że nie zna właściwych technik komunikacyjnych. Ale dlatego, że filtr "ja wiem lepiej" nałożony na umysły startup'owców jest tak silny, że przebicie się przez niego wymaga olbrzymiej energii i determinacji. Wielu szkoda na to energii w imię zasady "ty masz rację, ja mam spokój".

Zamiast podsumowania

Opisałem prawdziwe sytuacje i moją troskę o realną wartość, jaką doświadczeni konsultanci mogą wnieść do biznesu młodych ludzi. Nie chcę generalizować, bo mam też wiele przykładów, kiedy młodzi ludzie fantastycznie się otwierali i współpracowali przy rozwoju firmy. Powtórzyć mogę jedynie postulat, który podnoszę bardzo często, a mianowicie o powrót do programów edukacyjnych "myślenia krytycznego". Przedsiębiorczości i kreatywności młodym nie brakuje. Bycie jednak bezkrytycznym wobec siebie i otoczenia może sprowadzić na nas wielkie kłopoty i być niebezpieczne.

Czego sobie i nikomu nie życzę.